Czy definicja kiczu jest w ogóle potrzebna?

Są takie pytania, które często do mnie wracają. Zawsze zastanawiam się nad tym, jaką definicję kiczu mam ja. Czym on dla mnie jest? Co jest kiczowate a co nie? Jakie dzieła sztuki lubię? Które mi się podobają, bo poruszają mój mózg, a które mnie wzruszają? Dlaczego np. pisuar Duchampa jest dla mnie ważny? Kiedyś usłyszałam, że jest on kiczem. Zaczęłam się zastanawiać. Czy jest kiczem dla mnie? Dlaczego może być za kicz uznany i czy naprawdę może? Dlaczego Duchamp tak mnie interesuje? Jeszcze na studiach czytałam z zainteresowaniem książkę profesor Marii Poprzęckiej „O złej sztuce”. Pomyślałam sobie pewnego dnia, że świetnie byłoby poznać jedną z moich ulubionych autorek. Napisałam, profesor znalazła dla mnie czas a ja mogłam zadać parę pytań, które mi nie dawały spokoju.  Co jest kiczem dla słynnej historyk sztuki? Oto fragmenty naszej rozmowy:

10270573_10153644043050751_6688947260548657470_n
Jak Pani sądzi, czy ze wszystkiego można uczynić kicz i czy nie oburzają Panią zdania, że pisuar Duchampa jest kiczem?

Maria Poprzęcka: Nie. Mnie się wydaję, że Duchamp byłby zachwycony. Z jego upodobaniem do paradoksów, do złośliwości, do przewrotności, on byłby zachwycony. Pisuar można nazwać kiczem nowoczesności. Wszystko może ulec kiczowi wtedy, kiedy zostanie sprostytuowane, zbanalizowane, nadużyte. Duchamp to jakby zaplanował.

Pani książka „O złej sztuce” powstała 25 lat temu. Z jakimi tezami w niej zawartymi Pani się teraz nie zgadza?

W tej książce manifestowałam mniej więcej taką sama postawę co teraz, to znaczy postawę pewnego liberalizmu, żeby jednak nie pouczać, nie narzucać pewnej hierarchii. Zwracam tam uwagę, że tak zwany dobry gust, dobry smak to są rzeczy, których bardzo trudno się nauczyć i że to jest jeden z dosyć perfidnych ukrytych sposobów budowania nierówności między ludźmi. Zawsze możemy kogoś ośmieszyć, zdyskredytować dlatego, że popełnił jakiś błąd w urządzeniu mieszkania czy nawet w wyborze ubrania, że słoma mu wyszła z butów. W tej chwili sztuka się po prostu bardzo zmieniła, świat się bardzo zmienił. Zacieranie się granicy pomiędzy sztuką wysoką a sztuką popularną a także sztuką czy kulturą alternatywną, kontrkulturą – to wszystko jest bardzo zmieszane we współczesnym świecie i ja nie widzę tego w kategoriach katastrofy, absolutnie nie.

Czy zatem definicja sztuki jest w ogóle potrzebna a co za tym idzie czy definicja kiczu jest potrzebna?

Moim zdaniem nie. W latach 60-tych 70-tych problematyka kiczu, mówiąc szumnie, była niesłychanie żywa. Powstało kilka takich książek, które znacznie później zostały przetłumaczone na polski i dlatego sprawiły fałszywe wrażenie, że to jest ciągle żywa sprawa, a w międzyczasie świat się przecież bardzo zmienił. Takie biadanie nad kiczem, potępianie kiczu czy też widzenie go w kategoriach katastrofy kulturowej – to wtedy było dominujące, natomiast w tej chwili mi się wydaje, że już nikt takich książek nie pisze. To, co mogliśmy wyczytać u Ludwika Giesza czy u Hermana Brocha, gdzie potępiane były takie budynki jak kongres w Waszyngtonie, katedra w Brazylii, gdzie podawane były remedia, że wystarczy trochę dynamitu i będzie po sprawie… Nie wiem, jak można w imię sztuki wysokiej roić sobie wysadzanie w powietrze budynków, które ucieleśniają niesłychanie istotne wartości. Wiadomo przecież, czym jest budynek kongresu Stanów Zjednoczonych dla amerykańskiej demokracji czy czym jest katedra w Brazylii dla tamtego bardzo katolickiego i pobożnego społeczeństwa. Wszystko jedno w jakiej dziedzinie się manifestuje, jeżeli fundamentalizm (czy radykalizm) nagle pojawia się wśród pojęć artystycznych wtedy staje się tak samo groźny jak fundamentalizm polityczny czy religijny.

Bezsporny przykład kiczu – czy istnieje dla Pani coś takiego?

Nie bardzo zmieniły się me poglądy od czasu, kiedy pisałam książkę „O złej sztuce”. Dla mnie kicz to nie niewinny krasnal stojący w ogródku, tylko coś, co jest bardzo do sztuki podobne. To, co czasami ogląda się w galeriach, czasem nawet w muzeach, co udatnie udaje sztukę, jest bardzo do sztuki podobne a sztuką nie jest. Krasnal niczego nie udaje mimo tego, że uchodzi za sztandarowy przykład kiczu. Granica jest niesłychanie cienka i potrzeba profesjonalisty, żeby wyczuł ten fałsz. Dla mnie coś, co jest złe, nie jest zaprzeczeniem sztuki, lecz prawdy i właśnie taki przemycany pod płaszczykiem sztuki fałsz jest czymś, na co reaguję bardzo źle.

Czyli kicz jest zdecydowanie negatywnym pojęciem.

Tak. Uważam, że platońska triada wartości: prawda, dobro i piękno są ze sobą splecione. Oczywiście piękno możemy rozumieć na bardzo wiele sposobów. Piękna była też fontanna Duchampa. Natomiast jeśli coś jest nieprawdziwe to zakaża. Coś, co jest nieprawdziwe, nie może być naprawdę piękne i nie może być także dobre.

A jakie dałaby Pani wskazówki zwykłemu śmiertelnikowi? Jak on ma rozpoznać tę platońską triadę, o której Pani powiedziała? Kiedy stoi przed jakimś obrazem, jak ma poznać, czy to jest sztuka, czy tylko coś, co się pod sztukę podszywa? Często jest przecież tak, że tanie widoki bardziej wzruszają niż tzw. sztuka wysoka.

I bardzo dobrze. A dlaczego mają nie wzruszać? Każdy ma prawo do swojego gustu. Ja jestem niesłychanie liberalna. Skąd niby takie uzurpacje wśród rzekomych profesjonalistów czy nawet nie rzekomych, że jakiś widoczek jest zły a jakiś dobry? Dlaczego jakieś wzruszenie może być mniej wartościowe od innego? Dlaczego kobieta, która płacze na romansidle w kinie, ma być gorsza? Czy te łzy nie są prawdziwe? To są prawdziwe łzy i prawdziwe wzruszenia! W takich przypadkach reaguję bardzo gwałtownie, ponieważ cenię ludzkie uczucia. Jeżeli komuś autentycznie podoba się jakiś okropny landszaft (oczywiście okropny dla kogoś o bardziej wyrobionym guście), czy tandetna książka, czy byle jakie kino, niech tak będzie. Byleby emocje nie były fałszywe. Liczy się prawda uczucia.

Jakich wartości Pani szuka w sztuce?

O, to jest bardzo trudne pytanie. Ja chyba jednak także szukam emocji przede wszystkim. Czasami, i to także jest jedna z przesłanek mojej otwartości, czasami ta emocja przychodzi zupełnie niespodziewanie. Niekoniecznie przy jarmarcznych obrazkach. Kiedy zawodowo ogląda się bardzo dużo sztuki, to rzeczywiście mechanizm selekcji jest bardzo silny. Im więcej się widzi, im więcej się wie, tym ostrzej się selekcjonuje i chyba także ostrzej ocenia. A jednak całkiem niespodziewanie przychodzi czasem jakaś emocja i to może być zarówno wobec jakiegoś bardzo starego obrazu, jakiejś współczesnej instalacji – to są rzeczy nie do przewidzenia.

Czy może Pani podać jakiś przykład kiczu z domowej kolekcji? Czy ma Pani jakiś podejrzany przedmiot w domu, który Pani lubi mimo tego, że nie jest on dziełem sztuki tylko właśnie kiczem?

Dawniej zbierałam różne gipsowe figurki, potem mi się to znudziło. Mam za małe mieszkanie i za dużo rzeczy, żeby jeszcze coś kolekcjonować. Nie mam w sobie żadnej żyłki kolekcjonerskiej. Nie chcę niczego zbierać, nie chcę obrastać rzeczami i tak jestem nimi obrośnięta. Te przedmioty, które mam i które chcę w okół siebie mieć, to są raczej rzeczy o wartościach pamiątkowych, uczuciowych, sentymentalnych. Coś jest czegoś wspomnieniem, coś zostało przywiezione z podróży, coś wiąże się z jakąś osobą, którą kochałam. To są dla mnie cenne przedmioty, a nie coś, co byłoby albo kiczem albo cennym dziełem sztuki.